W moim odczuciu wydany w 2016 roku „Gore”, to najgorsze wydawnictwo Deftones w ich długiej 30-letniej karierze, dlatego do „Ohms” podszedłem bardzo sceptycznie i z rezerwą. Wątpliwości nie rozwiały single promujące album - tytułowy „Ohms” (zamykający płytę) jak i „Genesis”. Pierwszy z wymienionych ma dziwne brzmiącą gitarę, co mocno kojarzy się z nieudanymi eksperymentami z dźwiękiem na „Gore”. Drugi to typowy utwór zespołu, gdzie gitarowy walec spotyka się z agresywnym w zwrotkach i czystym w refrenach głosem Chino. Sprawdzony przepis na sukces a'la Deftones. Całe szczęście to tylko single.

                                                                 

Gdy dostałem już pełen album wątpliwość zniknęły - „Omhs” okazał się rewelacyjnym albumem. Trudno znaleźć jeden powód tej przemiany. Możliwe że to powrót za konsoletę producencką Terry'ego Date'a, z którym zespół współpracował przy swoich pierwszych czterech albumach. Może powodem było odnalezienie się gitarzysty, Steph'a Carpentera, który na poprzednim wydawnictwie  zagubił się w procesie twórczym i zapomniał za co fani najbardziej kochają brzmienie jego gitary? Przyczynić do sukcesu mógł się również powrót do rodzinnego Sacramento i nagranie albumu w studio The Spot, gdzie powstawały wczesne dzieła Deftones. Może to jeden z tych powodów, a może wszystkie, zdecydowały o tym, że zespół wrócił do formy.

                                    

Utwór „Genesis” rozpoczyna się partią bzyczących syntezatorów i grającego ciepło basu, by po chwili zalać słuchacza ścianą nisko nastrojonych gitar oraz krzyczącego Chino. Mimo że ukryte, najważniejsze są syntezatory, budując przestrzeń i napięcie piosenki. Mocny start i niski ukłon w stronę fanów, którzy tęsknią za bandem z przełomu wieków.

                             

                          

Od ciężkiego riffu zaczyna się „Uritania”, by po około 20 sekundach zwolnić i złagodnieć. Wokalista tworzy chwytliwą melodię, pozostającą ze słuchaczem do końca piosenki. Utwór brzmi jak zagubiona kompozycja z sesji do „White Pony” z 2000 roku.

„Error” jest wstępem do najlepszej i najciekawszej części płyty. Sam utwór mocno przykuwa w refrenie, który wpada w ucho. To gwarantowany koncertowy hit - noga wystukuje rytm, a biodro radośnie podryguje.

                              

„The Spell of Mathematics” jest najbardziej rozbudowaną i wymagającą kompozycją na „Ohms”. Zaczyna się od djentowej, marszowej gitary, przypominającej Messhugę, mocnej perkusji i bardzo głębokiego basu, dającego wrażenie duszności. Wszystko zagęszczają głośnie klawisze i elektronika. Chino głosem buduje ciekawe harmonie, płynnie przechodzi od krzyku do śpiewu, zawodzi i nuci, przez co klimat w „The spell...” jest baśniowy. Ta mroczna podróż kończy się przesterowanym basem i rytmem wybijanym pstryknięciami palców. 

                          

                 

„Pompeji” bawi się nastrojem. Od spokojnych zwrotek, przez mocne refreny po zrównoważone bridge. W tle sączy się przyjemna elektronika. Ostatnie dwie minuty piosenki to ambientowe dźwięki syntezatorów, przeplatanymi samplami fal morskich i śpiewu ptaków, które płynnie przechodzą w następna piosenkę.

                          

„This Link is Dead” kontynuuje ambient, ale jest tu mroczniej, by gwałtownie uderzyć basem, którego każdy kolejny dźwięk jest jak soczysty cios między oczy. Całość dopełnia noise'owa gitara, potężna perkusja i rozedrgany krzyk Chino. Deftones tak mocnego numeru nie napisali od czasu debiutu, choć samym klimatem bliżej mu do piosenek z czwartej płyty. Bezsprzecznie najlepsza i najmocniejsza pozycja na albumie. 

                         

                   

Deserem jest „Radiant City”. Tutaj jest ciężko i przebojowo. Chino w kontrze do agresywnej muzyki przez większość piosenki czysto śpiewa. W refrenach robi się wręcz radiowo. 

                          

Ostatni, „Ohms” to łącznik pomiędzy nieudanym eksperymentem zwanym „Gore”, a twórczością bandu z początku kariery. Dobre zamknięcie płyty. 

                         

                 

Na płycie znalazły się też typowe wypełniacze. „Ceremony” i Headless” niczym się nie wyróżniają i mogłyby się znaleźć na każdym albumie od czasu „Diamond Eyes”. „Ohms” z nimi nic nie traci, a bez nich stałby się spójniejszy. 

                          

Gdybym nie był fanem Deftones, nigdy nie usłyszał żadnego ich numeru i ktoś powiedział mi, że „Ohms” to album nagrany gdzieś na przełomie wieków, uwierzyłbym. Płyta jest przepełniona odnośnikami do twórczości zespołu z tamtego okresu. Nie ma w tym zarzutu. Najnormalniej w świecie Deftones prochu już nie wymyślą, co nie znaczy że nagrywane albumy nie mogą być dobre, nawet jeżeli będzie to autocytowanie. Mnie, 42-letniego, starego konia ciągle jara mocny głos 47-letniego Chino Moreno, który nadal porusza i wzbudza silne emocje.  Wierzę  mu, gdy śpiewa „I filled up with true hatred” w „This Link is Dead” albo gdy z młodzieńczą werwą wyznaje „I reject both sides of what I'm being told” w „Genesis”. 

„Ohms” nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych podroży muzycznych. Album jest depresyjny i nie urzeka od razu, ale wciąga z każdą minutą i każdym kolejnym odsłuchaniem . 

Dziecko o imieniu „Ohms” jest najlepszym dokonaniem kwintetu z Sacramento od czasu „Diamond Eyes”. Śmiało mogę go postawić obok moich ulubionych albumów - debiutu „Adrenaline” i czwartego „Deftones", z którymi dzieli niepohamowaną agresję i surowość.