W jednym z wywiadów John Mayer powiedział: “Kiedy stajesz się popularnym muzykiem twoi fani zaczynają się doszukiwać źródeł twoich inspiracji muzycznych. W pewnej chwili, Twój bohater muzyczny staje się także ich bohaterem.”. To zdanie mocno utkwiło mi w głowie i spowodowało, że zaczęłam myśleć o tym, że kiedyś chciałabym mieć możliwość porozmawiania na ten temat z różnymi twórcami muzycznymi. Szczególnie z tymi, których praca jest dla mnie wyjątkowo ważna. Dlatego też wpadłam na pomysł cyklu rozmów pod tytułem “Muzyczni bohaterowie”, w którym to będę rozmawiała z moimi bohaterami muzycznymi na temat ich dźwiękowych miłości i inspiracji. Nim jednak je rozpocznę chciałabym zająć się muzami Johna, które w dużym stopniu miały ogromny wpływ na rozwój mojego gustu muzycznego.

              

Doskonale pamiętam dzień, w którym pierwszy raz usłyszałam jego pierwszy utwór. Nie wiem, czy to kwestia mojej dobrej pamięci, czy może tego, że ludzie ważnych momentów ze swojego życia nie zapominają. Co by to nie było, to ten dzień już na zawsze pozostanie ze mną, ponieważ od niego zaczął się wielki przewrót w moim spojrzeniu na muzykę.

             

Miałam 17 lat i razem z rodziną szykowałam śniadanie wielkanocne. Mama z babcią kręciły się po kuchni. Dziadek wyszedł z psem, aby uniknąć przypadkowej sprzeczki. Ja, zasłuchana w utwory lecące na VH1, rozkładałam naczynia na stole. W pewnej chwili, usłyszałam dźwięki, które mnie zatrzymały. Odwróciłam się, w kierunku telewizora i zobaczyłam pięknego chłopaka śpiewającego w niezwykły sposób. Zakochałam się od razu. Wywoływana kilkukrotnie do kuchni nie dotrwałam do momentu, kiedy na ekranie pojawił się napis z imieniem i nazwiskiem muzyka. Doskonale jednak zapamiętałam frazę z refrenu, “Your body is a wonderland”. To był rok 2003 i internet w domu raczej był luksusem. Pamiętam jak w szkolnej bibliotece starałam się odszukać chłopaka, którego muzyka tak zawróciła mi w głowie. Po jakimś czasie się udało. John Mayer. Nikt z moich znajomych go nie znał. Poprosiłam koleżankę, klasową mistrzynię neta (Magda miała najlepsze łącze), aby ściągnęła dla mnie kilka jego piosenek. Po paru dniach otrzymałam nielegalną płytę z nagraniami Johna i jak się szybko okazało, też kilku innych wokalistów podpisanych w nielegalnych źródłach jego nazwiskiem (The Dispatch, Matt Ryczek). Od tej pory, ta płyta grała w moim discmanie cały czas. Moja mama, która w tamtym czasie pracowała w wytwórni Sony, dzięki pomocy swoich kolegów załatwiła dla mnie płytę Johna. Dostałam ją na imieniny. W wakacje, z okazji moich osiemnastych urodzin otrzymałam najlepszy prezent, jaki mogłam sobie wymarzyć. Był to wyjazd na koncert Johna do Londynu. Takich rzeczy się nie zapomina. Kiedy stałam wśród tłumu w Hammersmith Apollo i po raz pierwszy słuchałam utworu “Comfortable” wiedziałam, że jestem na koncercie muzyka, który stanie się dla mnie jednym z najważniejszych w życiu.

Wracając do domu wsłuchiwałam się nadal w już mocno zniszczoną płytę. Z każdym kolejnym dźwiękiem narastała we mnie coraz większa ciekawość. Chciałam wiedzieć jakiej muzyki słucha John, kto go inspiruje i co spowodowało, że dziś jego własna muzyka jest tak przejmująca. 

                          

Inwestując w The Rolling Stone Magazine i czytając tam artykuły szybko dowiedziałam się, jacy są jego najwięksi muzyczni bohaterowie. Myślę, że dla potrzeb lepszego zobrazowania wpływów muzycznych innych artystów na jego dorobek, warto podzielić ich na dwie grupy: część koncentrującą się na gitarowym brzmieniu oraz część skłaniającą się bardziej ku warstwie tekstowej.

                        

Pisząc o tej pierwszej nie mogłabym zacząć od nikogo innego jak od Steviego Ray Vaughana. Jest on zdecydowanie największą muzyczną miłością Johna. Świadczy o tym nie tylko tatuaż widniejący na jego prawym ramieniu ale przede wszystkim odzwierciedlają to  jego brzmienia gitarowe czy wielkie zamiłowanie do bluesa oraz fakt, że to właśnie dzięki temu artyście John zdecydował się rozwijać swoje umiejętności w kierunku wirtuozerii brzmień gitary elektrycznej. 

                       

Jednym z najważniejszych utworów Steviego dla Johna jest “Lenny”, często wykonywany przez niego na koncertach. Moim ulubionym wykonaniem tej piosenki jest nagranie z 2002 roku z płyty “Any Given Thursday”. Płyta została wydana także jako zapis wideo z koncertu. 

   

John Mayer - Lenny / Man On The Side from JohnMayerSolos on Vimeo.

          

Skoro podjęłam się pisania o idolach moich bohaterów muzycznych nie mogę pominąć tego, że John czerpał inspirację od swoich autorytetów. Dzięki Steviemu zaczął słuchać między innymi Jimiego Hendrixa. Ta sympatia jeszcze silniej wpłynęła na jego grę na elektryku. Inaczej zaczął ważyć dźwięki, traktować muzykę i podchodzić do koncertów. Z każdym występem chłonął ją bardziej i nabierał do niej pokory. Ta miłość i to zrozumienie doprowadziły go do projektu, o jakim zawsze marzył. W 2005 roku powstał “John Mayer Trio”. W jego skład wchodzili: John Mayer, Steve Jordan (The Rolling Stones) i Pino Palladino (The Who). W końcu spełnił się wielki sen Johna o graniu muzyki, jaką zawsze chciał robić. W jednym z wywiadów powiedział, że muzyka pop jest tylko jego sposobem na zebranie sobie publiczności, zarobieniu pieniędzy, zyskaniu umiejętności, aby w końcu zrobić to o czym naprawdę marzył przez całe życie. Choć płyta “Try!” nie odniosła międzynarodowego sukcesu, to ja uważam ją za jedną z najciekawszych w dorobku Johna. Może dlatego, że wiem jak wiele dla niego znaczyła? A może dlatego, że wiem jak bardzo jego idole na niej z nim współbrzmią? 

        

                

W wywiadzie dla The Rolling Stones Magazine z roku 2008, John Mayer zapytany o to co spowodowało, że zaczął grać blues, odpowiedział: “To brzmienie jest dla mnie tak podstawowe, że w pewnym momencie stwierdziłem, że po prostu się z tym urodziłem. To jest we mnie. Albo czujesz te nuty wsiąkające w ciebie, albo nie. Kiedy słucham Steviego Ray Vaughana to jego brzmienie, jego składnia ma dla mnie idealny sen i czuję to całym sobą. Obcując z jego muzyką wiedziałem od razu, że chce się tym zajmować. Chciałem grać taką muzykę. On był moim portalem do Jimiego Hendrixa, Alberta Kinga, Alberta Collinsa, Freddiego Kinga, Buddy'ego Guya. I jestem cały czas na tej niezmiennej ścieżce, na której byłem w wieku trzynastu lat.”

                                  

Nic więc dziwnego, że i kolejny bohater jego idola go porwał. A był nim B.B King. John miał to szczęście, że udało mu się zagrać z mistrzem na jednej scenie. Stworzyli tam razem magię. Szkoda, że mieli tak mało czasu, aby wspólnie tworzyć. Dzięki temu nagraniu możemy uwierzyć w to co on sam często powtarza: “Gitary mówią same”. Te zdecydowanie przemawiają do słuchaczy.

                                

                     

Można by długo opowiadać o gitarowych inspiratorach Johna. Teraz jednak przez chwilę chciałabym się skoncentrować na tych muzykach, którzy zaprosili go do świata tekstu, a on w piosenkach Mayera jest wyjątkowo ważny.

Mama Johna była nauczycielką angielskiego. Ona nauczyła go ładnego posługiwania się słowem i zainspirowała go do zwracania uwagi na tę warstwę utworu. Trzeba przyznać, że w jego twórczości nie ma pustych słów, nie ma jednosylabowców zalewających refreny. On podaje słuchaczowi konkret, budowany pięknymi zdaniami. 

Nic więc zaskakującego w tym, że jednym z idoli Johna jest Paul Simon. Artysta pięknego słowa i wspaniałego brzmienia. Kiedy w 2004 roku tych dwóch muzyków miało okazję spotkać się w programie “Baileys in tune” prowadzonym przez Randy'ego Jacksona, to wszyscy popłynęli. Żałuję, że nigdzie nie ma już nagrania, które mogłoby pokazać pełnię tego wydarzenia. Na całe szczęście moje ulubione wykonanie przetrwało. Warto też przesłuchać “Late in the evening” z tego wieczoru.

            

                      

Na sam koniec zostawiłam osobistą perełkę. Na płycie, którą lata temu zgrała mi Magda, jest wykonanie Johna Mayera “Change the world”. Piękny cover Claptona. Pamiętam też, jak po przesłuchaniu tego wykonania dorwałam się do jakiegoś wywiadu z Johnem, który opowiadał w nim, że jednym z jego największych marzeń byłoby spotkanie się na jednej scenie z Ericem Claptonem. To też mu się udało. W 2008 roku zagrali trasę pod tytułem “Crossroads”. Ja miałam przyjemność oglądać ich oddzielnie, ale i wspólnie na jednym festiwalu. Hard Rock Calling w 2008 roku zaliczam do jednych z najważniejszych wydarzeń muzycznych w moim życiu. Między innymi dzięki temu wykonaniu:

                           

              

To długi wstęp do pięknej podróży po inspiracjach. Będzie ich wiele i obiecuję, że będą piękne. Najbliższa już 20.11.2020 roku.

                  

A tu mały muzyczny deser: