“W tym wszystkim chodzi o to, aby nie uwierzyć w to, kim ci wszyscy chcą Cię zrobić. Ważne jest trzymanie się prawdy.”

                 

20 listopada 2020 roku premierę ma trzeci album Pawła Domagały pod tytułem “Wracaj”. Jego nazwa odnosi się do pierwotnych marzeń, pierwszych pragnień, do uczuć, które doprowadziły nas do ważnych miejsc w naszym życiu. A Paweł wiele o tym wie, bo ciężko pracuje nad tym, aby realizować się w swoich dwóch zawodach i zachować to co było dla niego ważne od samego startu.

Pierwszy raz miałam styczność z Pawłem trochę ponad 9 lat temu podczas jego występu w “Kabarecie na koniec świata” wystawianym na scenie “Przodownik”. Od razu przypadło mi do gustu jego poczucie humoru i jego sceniczna lekkość. Niedługo później dowiedziałam się, że poza aktorstwem Paweł gra także w zespole i śpiewa. Piosenka “Zamknij oczy”, którą wykonywał razem z grupą Ginger od pierwszych dźwięków stała się moją ulubioną. Od czasu wspomnianego spektaklu śledzę nie tylko jego dokonania aktorskie, ale także muzyczne. Paweł jest dla mnie bardzo ważnym artystą, ponieważ mamy podobną wrażliwość, podobne poczucie humoru, zbliżone podejście do życia, ale jest jeszcze jeden wspólny mianownik między nami. Jaki?  Tego dowiecie się z naszej rozmowy, bo to właśnie jego zaprosiłam do pierwszego spotkania z cyklu “Muzyczni bohaterowie”. 

              

Monika Tańska - Dokładnie 9 lat temu, 20 listopada zagrałeś koncert w “Przodowniku” (scena teatru Dramatycznego na Woli), a teraz, tego samego dnia wydajesz nową płytę. To jest dla Ciebie szczególna data?

                      

Paweł Domagała - Zupełnie zapomniałem, że tego dnia grałem ten koncert! - śmiech - Nie, po prostu pierwszą płytę wydaliśmy w listopadzie i tak staramy się trzymać tej daty. Przyznam, że wszyscy odradzali nam wydawania płyty w tym czasie. Mówili, że jest to moment tylko dla największych graczy. Cytując Palucha “robią se jedynkę w lutym, gdy wolne mają najwięksi”, więc my robimy premiery w listopadzie, bo jak spadać, to z wysokiego konia :) A tak na poważnie, to po pierwszej płycie listopad jest dla nas pewnego rodzaju amuletem.

                          

MT - Doskonale pamiętam koncert w “Przodowniku”, podczas którego zachwycałeś publiczność swoimi utworami. Pamiętam tamten czas i to, że marzyłeś wtedy, aby stać się istotnym muzykiem na scenie polskiej. Dziś jesteś znanym aktorem i muzykiem. Chyba jedynym na rynku polskim, któremu się to udało. W takiej skali.

                           

PD - Mam poczucie spełnienia w obu rolach zawodowych, ale nie zastanawiam się, czy coś mi się udało, czy nie. Nie wiem. Nie myślę o tym. Nie porównuję się do nikogo. Działam, robię swoje i cieszę się, że tak jest. Pamiętam, że kiedyś jeden z organizatorów spektakli wyjazdowych, kiedy usłyszał, że szykuję trasę koncertową powiedział mi, żebym w to nie wchodził, że to poroniony pomysł. Mówił, żebym zrobił stand-up, bo teraz w tym największa kasa :)  A teraz jednak organizujemy koncerty. Gramy. Jestem szczęśliwy. 

                 

MT - Tak i robisz to świetnie! Jednak połączenie tych dwóch zawodów musi być trudne.

                      

PD - Wszystko to kwestia logistyki i ustawienia sobie odpowiednich priorytetów. Muszę wszystko planować z dużym wyprzedzeniem, co wiąże się z tym, że pracuję tylko z ludźmi słownymi :) Moją największą obawą była łatka „śpiewający aktor”, ale myślę, że nie kojarzę się z „piosenką aktorską” :) A teraz muszę szczerze przyznać, że to muzyka jest moim priorytetem.

                        

MT - Wracając do koncertu w “Przodowniku”. Pamiętam, że przygotowując go i  zapraszając ludzi na niego, nagrałeś cover “The age of worry”. Jestem ciekawa, jak ważna jest dla ciebie ta piosenka?

                     

PD - Ale trafiłaś!!! Teraz robię playlistę “Piosenki, których żałuję, że nie napisałem”. “The age of worry” to bardzo ważna dla mnie piosenka. W tamtym czasie była dla mnie szczególnie istotna, bo złożyła się z ówczesną sytuacją w moim życiu. To jest fajne, że poprzez piosenki, których słuchamy, czy poprzez płyty, mamy zapis naszych emocji i stanów. Odczuwamy mocniej to, co przeżywamy i to, co nas spotyka. To jest super, że piosenki poza tym, że mają warstwę emocjonalną i muzyczną, to dają nam ten zapis własnej historii. Jakbym kiedyś był na tyle próżny, żeby napisać swoją autobiografię, to zrobiłbym to w formie audio, a składałaby się ona z piosenek, które towarzyszyły mi przez życie.

                                  

MT - To co by się znalazło na soundtracku Twojego życia? 

                             

PD -   Wczesne lata to byłby na pewno Michael Jackson, Prince, Dżem z polskich zespołów, Raz, Dwa, Trzy na pewno. Potem to już Dave Matthews Band, John Mayer, Gregory Porter. No mnóstwo tego jest. A teraz sobie przypomniałem, a propos Raz, Dwa, Trzy. Byliśmy na wycieczce klasowej gdzieś w górach, i ja wtedy na walkmanie cały czas słuchałem kasety Raz, Dwa, Trzy „Sufit”, bardzo mi się podobała. A, że od zawsze się zamyślałem to wszedłem pod samochód :) Nic mi się nie stało, ale nauczyciel zabrał mi kasetę :)

                                    

MT - A jakbyś miał wybrać takiego jednego swojego najważniejszego bohatera muzycznego? To kto by nim był?

                                 

PD - Ciężko mi na to odpowiedzieć, ale myślę, że John Mayer. Bo zarówno pod względem tekstowym, jak i brzmienia, ale też podejścia do pisania, komponowania jest dla mnie dużą inspiracją. Bardzo podoba mi się jego konsekwencja w stylu. Mimo całej różnorodności, nigdy nie rezygnuje ze swojego stylu. Nawet jak np. w „New Light” odnosił się do lat 80tych, co teraz robią chyba wszyscy, to w teledysku pokazał do tego dystans, jakby beka z tego stylu :) Bardzo mi się to podobało. Ogromnie cenię takie podejście, z jednej strony nie tracisz tego co jest „Twoje”, a z drugiej nie boisz się tego rozwijać, nie oglądając się na mody :)

                                   

MT - Dokładnie tak jest. Z resztą John Mayer powiedział kiedyś w jednym z wywiadów, że to co jemu w duszy gra, to są głównie jego bohaterowie muzyczni, którymi się inspirował na początku swojej drogi i oni zawsze będą obecni w jego dźwiękach. To też muszę powiedzieć o Tobie. Jesteś mocno osadzony w cieple i specyficznej dla Ciebie atmosferze, która towarzyszy Twoim utworom i płytom. One mają zachowany jeden charakter. 

                                                          

PD - My z Łukaszem nad tym pracujemy. Fajnie by było wypracować sobie taki styl i takie brzmienie, że po pierwszych paru dźwiękach wiadomo: “O! To jest Domagała”. Wiedzieć, że nikt tak nie brzmi, nikt nie ma takiego stylu i rzeczywiście bardzo tego pilnuję. Jednak też wydaje mi się, że ta trzecia płyta, której jeszcze nie słyszałaś, jest dla mnie takim dużym krokiem naprzód. Próbujemy tu nowych rzeczy, ale też rzeczy których jeszcze nie umieliśmy wcześniej do końca. W trakcie się wiele uczyliśmy i w końcu to zabrzmiało. Ale nadal jest to osadzone w naszej estetyce i jest też tam, na przykład dużo nawiązań do country, które ja bardzo lubię, a jest na naszym rynku niedoceniane. Wiesz, w Polsce ono ma takie konotacje “Mrągowo”, a jednak jest to bardzo pojemny gatunek muzyczny. Z jednej strony masz The Allman Brothers, a z drugiej strony masz młodych wilczków jak Hunter Hayes, czy inni. To jest muzyczna studnia. Tam jest i folk, jest też teraz nowa fala. Niektórzy nawet Avicii zaliczają do tego nurtu. 

                                               

MT -  W zupełności się Tobą zgadzam. Też lubię country. Zmienię trochę temat. John Mayer przez długie lata borykał się z ciężarem swojego największego hitu jakim było “Your body is a wonderland”. W pewnej chwili, kiedy przestał grać ten utwór na koncertach jego fani nie byli zadowoleni. Myślisz, że podzielisz jego los z piosenką “Weź nie pytaj”?

                          

PD - Nie! Ja lubię wszystkie moje piosenki, ale też mam do tego utworu takie podejście, że to już nie jest moja piosenka. Ona stała się własnością ludzi. To się zadziało w taki fajny, organiczny sposób. Bez żadnej promocji, bez żadnego nadęcia marketingowego. Ona zaczęła być takimi osobistymi wyznaniami ludzi. Dlatego też myślę, że to jest bardziej piosenka ludzi niż moja. Ja byłem na dwóch koncertach Johna Mayera i grał tę wspomnianą piosenkę, wobec czego nie uważam, że to odcisnęło na nim jakieś piętno. Dla mnie “Continuum” była płytą, która przyniosła mu większą popularność. Jednak “Room for Squares” to była jego pierwsza płyta. On był w tamtym czasie bardzo młody. Wiesz, takich chłopaków się wybiera na idoli. W tamtym czasie John był piękny, zdolny i ludzie byli zajarani. On, z resztą miał w tamtym czasie trochę więcej hitów. Poza tym, on nie jest w Europie jakoś mega popularny. W Polsce to już w ogóle nie jest szczególnie znany. Mi się wydaje, że głównie wśród muzyków istnieje, ale dla szerszej opinii jest raczej obcy. Większośc pewnie nawet nie wie, czym jest “Your body is a wonderland”. 

                                  

MT - Tak. Wiem o czym mówisz. Kiedyś powiedziałam komuś, że moim ulubionym muzykiem jest John Mayer, po czym ktoś mnie poprawił i powiedział “Chyba John Mayall?”. Jednak faktem jest, że John jest mało popularnym artystą w naszym kraju.

                                                   

PB - No tak jest. Powiem Ci, że my z Łukaszem (Łukasz Borowiecki, muzyk, artysta, kompozytor. Przyjaciel i współpracownik Pawła.) mamy swoją wytwórnię i to jest nasz biznes. Mamy do tego takie podejście, że u nas nie ma na siłę rozszerzania publiczności, docierania do największej ilości ludzi, bo wtedy trzeba iść na jakieś kompromisy. A tu masz swoich fanów, o których dbasz. Jak ktoś chce dołączyć to zapraszamy, ale też nie będziemy prosić, ani się naginać, żeby ktoś nas słuchał. 

                               

MT - Myślę, że w muzyce chodzi o to, aby swoją szczerością trafiać do serc. Tobie się to udało. A powiedz mi proszę, kto, poza Johnem Mayerem jest Twoim bohaterem muzycznym?

                                    

PB - To się zmienia. Na pewno jest to Dave Matthews Band. Oni są świetni pod względem koncertów. Podobają mi się ich występy na żywo. Nie ma tam fajerwerków. Tam jest czysta muzyka. Nawet ta nasza trasa, ta która się przesunęła przez covid, miała koncentrować się tylko na naszej muzyce. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że mamy za dużo świateł, zbyt wiele było tych wszystkich bajerów.To było za wielkie show. Umówmy się, ja nie jestem Beyonce. Bardzo zależy mi, aby na koncertach wybrzmiewała warstwa czysto muzyczna. U Dave Matthews to jest fajne, to jest czyste.Zresztą jak pewnie wiesz, uwielbiam koncerty i naprawdę na wielu byłem. To jest u nas w Polsce, dużo niepotrzebnego blichtru i formy. I jeszcze rozumiem, że robi to Bruno Mars czy Justin Timberlake, ale koncerty wspomnianych Johna Mayera czy Dava są bardzo prościutkie i mniej „spektakularne” niż polskich gwiazd :).

                             

MT - Który utwór Dave Mattews Band jest Twoim ulubionym?

                                             

PD - To różnie. Na pewno “41”, “Grace is gone”, “Gravedigger”. Mnóstwo tego jest. To wszystko się zaczęło od numeru “Too much”. Mój brat przywiózł mi płytę z wakacji w Kanadzie i tak poszło. W tamtym czasie to jeszcze w Polsce nikt nie wiedział, kim jest Dave. Dużo jest takich zespołów, które są popularne za granicą, ale polscy dziennikarze muzyczni się nimi nie interesują. 

                               

MT - Ja byłam w szoku, jak jakiś czas temu Dave grał koncert w Polsce, a jeszcze w dniu występu można było kupić bilety. 

                            

PD - Tak. My byliśmy na tym koncercie z Łukaszem. Miałem nawet spotkanie z Davem. I powiem Ci, że było tam całkiem dużo osób. Ale nie wiem czemu on nie jest bardziej popularny u nas. To jest artysta, który jest już na scenie wiele lat i jest ciągle wysoko w rankingu Billboard. Jednak myślę, że on ma wywalone na to, ile osób przyjdzie na jego koncert na Torwarze. Czy to będzie pełna sala, czy kilka miejsc będzie pustych. 

                        

MT - A jakie było Twoje największe marzenie koncertowe, które spełniłeś? Poza oczywiście własnymi koncertami. Chodzi mi o Twoje doświadczenie jako słuchacza.

                             

PD - To był koncert Ireny Santor - śmiech. Śmiejemy się oboje. - Żart. To był koncert Johna Mayera w Madison Square Garden. Nowy Jork i John Mayer. To było wyjątkowe  i dla mnie wzruszające. 

                       

MT - Muszę ci powiedzieć, że strasznie Ci zazdroszczę tego koncertu. A która z Twoich piosenek była tak najbardziej zainspirowana Twoim bohaterem muzycznym?

                                      

PD - Hmyy… no nie wiem. - Łukasz Bobrowiecki, który od jakiegoś czasu jest z nami na spotkaniu podpowiada, że może “Opowiem Ci o mnie”. -  Tak, może. My się ogólnie w naszej twórczości inspirujemy amerykańskim brzmieniem. Więc wszędzie to znajdziesz. Gdybym jednak miał wybierać, to powiedziałbym, że dla mnie taką piosenką jest “Nie zmarnuj mnie”. Tu, moim zdaniem, wchodzi taki John Mayer z tej najnowszej płyty. 

                         

MT - Czy na swoim najnowszym albumie masz jakiś ulubiony utwór?

                           

PD - Jestem na takim etapie, że lubię je wszystkie. “Synku mój” jednak to chyba mój ulubiony. To będzie chyba ogólnie moja ulubiona piosenka, jaką stworzyłem. Ale nie wiem. Słucham ich wszystkich i jestem tak dumny z tej płyty. To jest dla mnie ogromny muzyczny krok na przód, że cieszę się ze wszystkiego co znalazło się na tym krążku. 

                                  

MT - W tym roku miałam być na wielu koncertach. Do tej pory udało mi się być tylko na trzech, a jednym z nich był Twój. Grałeś na Pradze, w Praga Centrum i byłam zachwycona. Szczególnie podobało mi się to, jak publiczność odbierała Twój nowy materiał. Muszę przyznać, że dla mnie, jako dla widza cały koncert był dość intymny. 

                                    

PD - Bo tak było. Przez pandemię graliśmy w mocno okrojonym składzie. Wyszło nam takie bardziej unplugged. I rzeczywiście te utwory nabrały nowego brzmienia na tym koncercie. Nawet moja piosenka “Wracaj” zabrzmiała dla mnie inaczej. Faktycznie poczułem tam powrót do korzeni. Przypomniał mi się czas, kiedy spotykaliśmy się z kumplami, żeby grać. Bez rzewnych emocji, tylko radość z tego, że grasz. Tak saute. To jest super sprawa.

                     

MT - Silnie wyczuwalna była taka dobra energia między zespołem a publicznością. Chyba i Wam, artystom i publiczności było to potrzebne. Powstała między Wami taka fajna chemia.

                             

PD - Ja mam wrażenie, że taka chemia powstaje na każdym naszym koncercie. Ale rzeczywiście w czasie tego występu, zbudowała się taka wyjątkowa atmosfera. Mi bardzo brakuje koncertów. Granie na żywo jest nieporównywalne z niczym innym. Jeśli możemy mówić o wielkiej magii, wyłączając oczywiście miłość, bo ona jest innym tematem, to właśnie koncerty Ci ją dają. 

                              

MT - Czy jest jakaś sytuacja, z któregoś z Twoich występów, którą szczególnie zapamiętałeś? Coś co Cię wyjątkowo poruszyło?

                                   

PD -  Pierwszy raz, kiedy się wzruszyłem na własnym koncercie, to było w chwili, kiedy pierwszy raz wykonywałem “Najgrubszy anioł stróż”. Dla mnie to jest wyjątkowa piosenka, a jeszcze wiedziałem, że wśród publiczności jest rodzina, i że są tam też znajomi Marka, dla którego ją napisałem. To była bardzo wzruszająca dla mnie chwila.

                                              

MT - Ja, jako widz i uczestnik tej chwili muszę powiedzieć, że miałam nadzieję, że właśnie o niej opowiesz. Ja się bardzo wzruszyłam w tamtym momencie. To był jeden z trzech razy w moim życiu kiedy na koncercie się popłakałam. Jednak, mimo wzruszenia dało się tam wyczuć bardzo dobrą energię. Ona bije od ciebie i z twoich dźwięków, z Waszych koncertów. Myślę, że to jest to, co Was najmocniej broni. Tu pozwolę sobie jeszcze na chwilę wrócić do “The age of worry”. Czy myślisz, że w tych trudnych czasach powrócisz na koncercie do tej piosenki?

                                               

PD - My nie gramy coverów. Raz zagrałem ten utwór. Ale to była wyjątkowa sytuacja. Wysiadł nam prąd w Szczecinie. Nawet dwa razy go grałem. Ale z zasady nie gramy coverów. Każde takie publiczne wykonanie utworu, to opłata do ZAIKSu z coveru nie dla nas, a my nie lubimy się dzielić pieniędzmi. John Mayer już ją ma, a my dopiero zarabiamy. - śmiejemy się oboje.

                                              

MT - On mógłby zagrać Twój utwór i Ty mógłbyś dostać trochę kasy od niego.

                                          

PD - Tak. Moim wielkim marzeniem jest zagranie z Johnem Mayerem albo z Jasonem Mrazem.

                                                                    

MT - Co zainspirowało Cię do napisania tej najnowszej płyty? Pierwszą tworzyłeś długo, bo powstawała z Twoich marzeń i chciałeś być pewny, że wyjdzie dokładnie tak, jak sobie ją wymyśliłeś. Jestem ciekawa, co było inspiracją dla trzeciego krążka.

                                                                            

PD - Tę płytę pisałem w takiej najwyższej emocji po zagraniu trasy koncertowej z “Weź nie  pytaj”. Kiedy jesteś w takich emocjach i masz taki sukces, to bardzo łatwo jest zgubić tę pierwotną radość. Ja nie chciałem tego stracić. Bałem się, że gdzieś mi to umknie i nigdy więcej nic nie napiszę. Chciałem wrócić do pierwotnych marzeń, bo nie doceniamy na co dzień tego, co mamy. Np.: sukces “Weź nie pytaj” dopiero teraz zaczynam doceniać. Byłem w takim amoku, nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero teraz przyszedł moment, kiedy naprawdę się z tego cieszę. Dlatego też powiedziałem sobie “nigdy więcej”, muszę zwracać uwagę na to, co się dzieje, na tu i teraz. Nie chcę, żeby kiedyś mi umknęło, to dlaczego to się robiło, czy od czego to się zaczynało. W każdej dziedzinie życia jest to ważne. W każdym zawodzie, w każdej relacji. Czujesz to, chcesz to robić i musisz pamiętać o tym, czemu w tym jesteś. Bo to jesteś Ty. Tego chcesz i to jest ważne. Ta płyta to takie przypomnienie o tych pierwszych, najważniejszych wartościach, źródłach marzeń.

Uważam, że jestem szczęściarzem. Jak pokazują statystyki, ludzi, którzy żyją z marzeń, robią to, co lubią i na tym zarabiają jest promil, a Ci, którzy robią to dla czystej radości jest jeszcze mniej. Więc ja chcę robić to co robię, bo daje mi to radość i chcę być tą osobą, która nią się dzieli z innymi.

                                                

MT - Czy można powiedzieć, że przez sukces “Weź nie pytaj” nabrałeś pokory i dystansu do rynku? 

                                 

PD - To nie chodziło o mnie. Tu chodziło o ludzi, o branżę, o to, jak inni Cię postrzegają. Nie chciałem dać się włożyć w profil, w jakim oni mnie widzieli. W tym wszystkim chodzi o to, aby nie uwierzyć, kim wszyscy chcą Cię zrobić, w jakie buty chcą Cię włożyć. Najważniejsze jest to, aby robić swoje. Temu z Łukaszem jesteśmy wierni. Dlatego też nie przełożyliśmy premiery. Każdy nam mówi, że to jest poroniony pomysł, ale trzymamy się tego. Nie będziemy robić naszych fanów w…… Oni zapłacili za tę płytę, więc czemu mają jej nie dostać. Grajmy fair. 

                                                 

MT - Czyli najważniejsze jest, aby “Trzymać się swoich chmur”?

                                       

PD - Dokładnie tak! Trzeba się trzymać swoich chmur i iść za pierwotnym marzeniem. 

                                         

MT -  Kilka lat temu udało ci się połączyć obie pasję w spektaklu “Exterminator”, który został przełożony na film. Jak odnajdujesz się w projektach, w których musisz łączyć obie pasje?

                                   

PD -  Teraz jak dostaję propozycje filmowe, to każdy chce, żebym napisał piosenkę. A tak to nie działa. Niedawno zrobiliśmy z Piotrem Trzaskalskim fim “Na chwilę, na zawsze”. Ja w nim gram, jestem współscenarzystą. Łukasz stworzył genialną muzykę. Różnica jest taka, że są tam moje piosenki już wcześniej nagrane. Raz zrobiłem wyjątek do serialu “Żmijowisko”. Muszę tu też powiedzieć, że byłem tak mocno związany z rolą, że nie byłem w stanie napisać szczerego tekstu, takiego jak bym chciał. Zrobiła to moja żona, Zuza. Wyszło pięknie. Jednak był to wyjątek. Teraz będę starał się stawiać granicę między moim światem muzycznym i aktorskim. Nie zamykam furtki dla takich połączeń, jednak nie chcę, aby stało się to czynnikiem przeważającym w mojej pracy.  

                                         

MT - Łukasz jest bardzo mocno obecny w Twoim życiu. Jest twoim przyjacielem i współpracownikiem. Jak się pracuje z kimś, kto jest Ci tak bliski?

                        

PD - Bardzo dobrze! Z Łukaszem się świetnie dogadujemy. Nigdy się nie kłócimy. Ja nie mam wielu bliskich osób. Raczej zamykam się w określonym gronie. Dlatego, praca z kimś takim jak Łukasz jest dla mnie bardzo ważna. My rozumiemy się na każdej płaszczyźnie, czy to chodzi o muzykę, czy o życie. Nie wyobrażam sobie pracy z kimś innym. 

                                   

MT - To na sam koniec mam takie pytanie. Czy masz jakieś płyty, do których często wracasz? Może ulubione? Może takie, które darzysz szczególnym sentymentem?

                                                         

PD - A! Za chwilę Ci pokażę! - Paweł odchodzi na chwile. Wraca trzymając w rękach winylowe wydanie “Room for squares” Johna Mayera. Umieram z zachwytu, On się śmieje. Dalej pokazuje kolejne płyty gramofonowe Johna.

                                                              

MT - A jakie płyty winylowe chciałbyś mieć, a jeszcze nie masz?

                                                                     

PD - Takie najdroższe. Żeby dobrze sprzedać. - Śmieje się. Wstaje i za chwilę pokazuję płytę Milesa Davisa “Kind of blue”. - Dostałem od taty. Powiększam kolekcję. Może kiedyś i my wydamy się na winylu.

                                           

Więcej o Pawele na: https://paweldomagala.pl/