Grudzień to miesiąc, który jest końcem i początkiem. Zamykamy w nim stare sprawy i robimy miejsce na nowe. Rozliczamy się ze zobowiązań poprzedniego roku, jednocześnie robiąc plany na kolejny. Żegnamy to co było i staramy się przygotować, na to co przyniesie nam kolejne rozdanie. 

                       

Żyjąc w ciekawych czasach, jakie przyniosła pandemia, coraz częściej myślimy nad tym, co nieuniknione. Śmierć, choć od zawsze jest immanentną częścią życia, nagle stała się nam bliższa. Bardziej realna. Zbliżanie się do niej i jej nieuchronności sprawiła, że nekrobiznesy na całym świecie zaczęły rozkwitać. Dziś, w krajach mniej konserwatywnych niż Polska, pojawiły się nowe możliwości upamiętnienia zmarłych. Znane z amerykańskich filmów urny z prochami trzymane na kominku, powoli przechodzą w zapomnienie. Z każdym rokiem powstają coraz to nowsze sposoby na zachowanie szczątków zmarłych i przetrzymywanie ich coraz bliżej siebie. Istnieją firmy, które mogą zrobić z nich diamenty, biżuterię, porcelanę, a nawet sprawić, że wyrosną z nimi piękne drzewa. Na jeden z takich pomysłów wpadł Jason Leach. 

                                        

“Kiedy album pod tytułem “Życie” dobiegnie do końca, warto sprawić aby ta płyta nadal się kręciła” 

                                  

2009 roku Jason Leach założył firmę, która zajęła się wtłaczaniem prochów zmarłych w płyty winylowe. Zainspirowała go do tego jego mama, pracująca w domu pogrzebowym. Codzienne zderzenie z przemijaniem nasiliło u Leacha rozważania nad śmiertelnością, stratą i rozterkami z tym związanymi.

                              

„Byłem zdumiony, jak mało ja, lub którykolwiek z moich przyjaciół, myślimy o własnym przemijaniu, bądź akceptujemy swoją śmiertelność. Intrygujące dla mnie było to, jak wielu z nas, jest chronionych przed tematem śmierci i rozmowami o niej” – mówi Leach.

                                  

Podczas jednego ze spotkań ze znajomymi, Jason wpadł na pomysł wtłaczania prochów w płyty. Jako muzyk i DJ, nie wyobraża sobie życia bez dźwięków. Tak samo jak większość z nas nie wyobraża sobie codziennego istnienia bez odgłosów naszych bliskich. 

                                   

„To nie miał być biznes. Cały pomysł był wynikiem rozmów ze znajomymi, miała to być realizacja wspólnego pomysłu, zabawy z czymś, co w tamtym czasie wydawało nam się szokujące i niepokojąco nieuchronne”.

                                             

Ku zaskoczeniu wszystkich, pomysł okazał się sukcesem. Z czasem, do Leacha zaczęli zgłaszać się ludzie, pragnący zachować na winylach wspomnienia o swoich bliskich. 

                                      

Upamiętnianie w płycie

                               

Sam proces wytwarzania płyty jest taki sam, jak przy tworzeniu standardowego winyla. Popiół (ludzkim lub zwierzęcym) dodawanym jest na określonym etapie produkcji.

                                          

„Przy produkcji konieczna jest równowaga w dodawaniu wystarczającej ilości popiołu. Musi on być widoczny, ale jego ilość nie może wpłynąć na płynne granie płyty. Słyszalne są w niej dodatkowe trzaski, ale lubimy je, ponieważ to właśnie w nich jesteś “Ty” - mówi Leach.

                                    

Ceny zamówień różnią się, ponieważ każda prośba jest inna. Podstawowy pakiet kosztuje około 900 funtów, wzrastając do około 3000.

                                       

Opcje obejmują 7 lub 12 calowe płyty, specjalnie skomponowaną muzykę lub nagrania osoby zmarłej takie jak Np: rozmowy, śpiew, ewentualnie jej ulubione utwory. Ponadto w pakiecie jest też obraz namalowany na płycie z popiołu oraz przezroczysty lub kolorowy winyl.

                              

Dziś ten pomysł, zrodzony z obawy związanej z nieuchronnością śmierci, jest dobrze prosperującym biznesem w Anglii. Firma “And vinyly” mimo swojej kontrowersyjnej łatki, cieszy się dużym zainteresowaniem klientów. 

                                       

Dlaczego jest to tak wyjątkowe?

                         

Najlepiej opowie o tym pomysłodawca i założyciel firmy, Jason Leach