Portishead wraz z Massive Attack i Tricky'im uchodzą za pionierów 'Bristol sound', który przez dziennikarzy został nazwany trip-hopem. Trzon zespołu tworzą: Beth Gibbons (głos i produkcja), Goeff Barrow (DJ, syntezatory, elektronika, perkusja i produkcja) oraz Adrian Utley (gitara, bass, instrumenty klawiszowe i produkcja). Portishead, jak większość trip-hopoych wykonawców przy komponowani korzystali z technik rapowych: multisampling, looping i scratching. To co ich wyróżniało, to że pisali swoją muzykę, którą później nagrywali na winyle i na potrzeby kompozycji cieli na sample lub loopowali. Rewolucyjne podejście, które zaowocowało ciekawym i zdecydowanie innym brzmieniem, bardziej organicznym. Poza tym sami muzycy sięgali też po instrumenty. Nie można zapomnieć o Beth Gibbons, której głęboki, zmęczony, jak również delikatny głos wzbogaca całą muzykę. Dzięki niej Portishead nie da się pomylić z innym zespołem lat 90-tych. 

Muzyka tria z Bristolu mocno jest oparta na hip-hopie. Mocny bit i wyraźny rytm, to ich znak rozpoznawczy, który tworzy podwaliny pod budowanie gęstych i mrocznych przestrzeni rodem z zadymionych piwnic. Przez wykorzystanie żywych instrumentów, szczególnie gitary, całość płynie w stronę muzyki z filmów szpiegowskich. Co ciekawe  zespół zadebiutował ścieżką dźwiękową do takiego właśnie obrazu. Film nosi tytuł „Who Kill a Dead Man” i został w całości zrealizowany przez Portishead.

                              

                           

To podejście do nagrania zaowocowało dwoma albumami. Pierwszy, „Dummy”, wydany w 1994 roku został rewelacyjnie przyjęty zarówno przez słuchaczy jak i przez krytykę. Z tej płyty pochodzą największe i najbardziej rozpoznawalne utwory, takie jak: „Numb”, „Glory Box”, „Pedestal”, „Biscuit”, „Roads” i „Sour Times”.

                           

                                   

Drugi album ukazał się w 1997 roku i nazywał się po prostu „Portishead”. Nie odniósł tak dużego sukcesu jak debiut. Spowodowane to było tym, że nie przyniósł nowych pomysłów, a jedynie rozwinął te z poprzedniego wydawnictwa. Niemniej utrzymany był na bardzo wysokim poziomie produkcyjnym. To z niego pochodzą: „Cowboys”, „All Mine” 

i „Only You”.

                                     

                 

Po nagraniu dwóch albumów Portishead podjęło zaskakującą decyzję i postanowili wydać płytę koncertową. Zaskoczenie jest podwójne, po pierwsze dlatego, że mało grup decyduje się na taki krok po wydaniu zaledwie dwóch płyt. Po drugie, dlatego że na scenie towarzyszyć im będzie orkiestra.

W ich muzyce pojawiają się sample z instrumentami dętymi i smyczkowymi. Są to jednak akcenty, a występ z pełną orkiestrą wiązał się całkowitym przearanżowaniem materiału, który będzie prezentowany na żywo. Do Portishead dołącza też dodatkowy basista, perkusista i klawiszowiec. Dzięki temu zabiegowi zespół prezentuje się pełniej. Aranżacje mimo nagromadzenia wielu instrumentów brzmią świeżo. Orkiestra nie przytłacza, a nadaje głębię i elegancję.

Cały materiał jest zagrany w punkt, choć zdawać się może, że utwory z „Dummy” wypadają lepiej. Goeff Barrow świetnie korzysta ze swoich dj-kich umiejętności, bezbłędnie rozdzielając scratchami elektronikę od żywych instrumentów. Sam też zagrał na perkusji w „Half Day Closing”.

                          

                           

Beth Gibbons to prawdopodobnie najlepsza wokalistka w trip-hopie. Ten koncert jest tego potwierdzeniem. Śpiewa w zróżnicowany sposób, przechodząc przez różne stany i emocje. Jej głos jest pewny i szyderczy jak w „All Mine” i delikatny jak w „Roads”.

     

                     

                       

Bez wątpienia najlepszym punktem tego występu jest „Sour Times”. Piosenka została w pełni przerobiona. Jest cięższa, bardziej rockowa i mroczniejsza niż na płycie. Jest to też popis wokalny Gibbons, jej zupełnie inne oblicze. Śpiewa agresywniej, by w końcówce utworu zawodzić i krzyczeć. Ostatni refren brzmi jakby był wyrywany prosto z jej trzewi. Genialne wykonanie. „Sour Times” w tej wersji na stałe zagościło w koncertowej setliście zespołu.

                           

                 

Portishead tym wydawnictwem udowadnia, że jest świetnym zwierzęciem koncertowym. Każdy z muzyków wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. Natomiast piosenki, dzięki akompaniamentowi orkiestry, zyskały nową jakość. Po przeszło 20 latach nadal świetnie się tego słucha i potwierdza że jest to jeden z lepszych koncertów zarejestrowanych w latach 90-tych.